DEPRESJA – choroba, która uratowała mi życie

DEPRESJA – choroba, która uratowała mi życie

Pewnie nie raz spotkałeś się ze stwierdzeniem, że trzeba sięgnąć dna, żeby mieć się od czego odbić. Może nawet doświadczyłeś tego na sobie… Ja tak – i długo zastanawiałam się, czy o tym pisać, ale w końcu uznałam, że nie mam nic do stracenia, a może komuś ten fakt doda siły w jakimś trudzie, w jakiejś bezsilności.

Czasami nam się zdaje, że dobrnęliśmy do granicy, gdzie nie ma już nic. Jest ściana, przez którą już się nie przebijemy, jest dno, pod którym nie ma drugiego dna, leżymy na podłodze i niżej już zejść się nie da, choćby nawet bardzo chcieć… i to właśnie jest grunt – nie koniec wszystkiego ale początek. Jeśli w Twojej głowie pojawia się myśl, że nie masz już NIC do stracenia to właśnie jest WSZYSTKO, co masz… To właśnie może dać Ci siłę, by odbić się od wspomnianego dna. To, że nie masz nic do stracenia sprawia, że MOŻESZ wszystko.

Dla człowieka w krytycznym stanie może to brzmieć idiotycznie a nawet brutalnie – okropny, niezrozumiały paradoks, a jednak wszystko zależy od Ciebie, wszystko jest w Twoich rękach i tak jest każdego dnia. Pytanie tylko, czy odważymy się skorzystać z tej SZANSY.

Dlaczego uważam, że depresja uratowała mi życie…? Ponieważ przez trzydzieści lat bycia na tym świecie czułam, że moje życie toczy się obok mnie – jestem jakaś JA, ale nie potrafię robić wszystkiego w zgodzie ze sobą, bo są jacyś ONI – cały świat… Świat, który mnie jakoś postrzega, jakoś na mnie wpływa, czegoś ode mnie oczekuje, czegoś ode mnie wymaga, do czegoś mnie zachęca, jakoś mnie ocenia itd…. w tym świecie JA… Kim jestem?

Przez trzydzieści lat zastanawiałam się, co zrobić, żeby poczuć, że jestem sobą. Dzisiaj czuję się SOBĄ. Dzisiaj nie mam wątpliwości! JESTEM. 

Oczywiście nie znaczy to, że w każdym momencie bez względu na okoliczności będę mówiła to, co myślę, bo … krótko mówiąc – świat by tego nie zniósł, ale ja wiem – jestem świadoma tego, co myślę, co czuję, czego pragnę i to jest mój klucz. Potrafię odróżnić rzeczy, który zostały mi wpojone przez lata, od rzeczy, które definiują mnie. I właśnie TO – umiejętność zdefiniowania samej siebie – czyni mnie szczęśliwą i spełnioną.

Nie mam pojęcia, dlaczego tak trudno jest odkryć, kim na prawdę jesteśmy, ale patrzę na ludzi wokół i widzę, że jest trudno. Patrzę na swoją przeszłość i wiem, że jest trudno. Patrzę na ludzi, których mam w swoim sercu i chciałabym im pomóc, ale przecież każda zmiana zależy tylko od nas samych. Zależy od naszej świadomej wewnętrznej decyzji i od tego, czy odważymy się poprosić o pomoc. Tak – proszenie o pomoc to znak odwagi a nie bezsilności, jak myśli wielu.

Moją szansą na odnalezienie siebie była faktyczna utrata gruntu pod nogami. Rok, może więcej, kiedy zdawało mi się, że straciłam wszystko, że nic już nie będzie miało sensu. I co…? I odważyłam się zrobić krok w przód. Może była tam przepaść i spadając nauczyłam się latać, a może to był nowy świat, którego dotąd nie znałam, a może to było zwyczajne otwarcie się na siebie samą, na swoje potrzeby, na swoje lęki. Pozwolenie sobie na to wszystko, co wcześniej niesłusznie ja sama lub inni uznali za „słabość” lub „niedopasowanie”.

Znalazłam siebie, a mimo to mam jeszcze tyyyyle do odkrycia! Bo to dopiero POCZĄTEK, ale cieszę się, że KONIEC mam już za sobą.

🦋

„Po prostu zrób krok przed siebie. Horyzont sam się pojawi.” Charlie Mackesy

Dodaj komentarz